12 września 2011

Prolog "Przesilenia"





Jak obiecałam już jakiś czas temu, dodaję prolog mojego autorskiego opowiadania "Przesilenie".


     Blask księżyca wpadał przez okno, lekko rozświetlając niewielkie pomieszczenie, będące sypialnią. Z ogromnego łóżka dochodziło ciche pochrapywanie, przeplatane momentami zupełnej ciszy. Oddech śpiącego był głęboki i miarowy, tylko po to, by po chwili zacząć nabierać tempa. Chłopak się budził, ale nie dlatego, że nadeszła na to właściwa pora. Po prostu czuł na ramieniu ciepły oddech, co wyrywało jego umysł i ciało z objęć Morfeusza. Domyślał się już kto tak uparcie próbuje przerwać jego odpoczynek, ale postanowił udawać, że nadal śpi, by to przyjemne mrowienie trwało dalej. Nie był jednak dobrym aktorem. Nie przy niej.

- Josh, Josh, Josh… przecież ja dobrze wiem, że już nie śpisz. Umiem rozpoznać, kiedy coś udajesz.

Na dźwięk dobrze znanego i tak uwielbianego głosu, dreszcze przeszyły jego całe ciało. Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, nim słowa opuściły jego usta. – Boję się, że znikniesz zanim zdążę się tobą nacieszyć. Zawsze…


- Ciii, jestem tutaj. Wiesz, że nie odejdę. – Szeptała mu do ucha, zatapiając jednocześnie dłoń w przydługich włosach chłopaka. Gest ten działał na niego uspokajająco. - Kocham cię.

- Chyba oszalałem, przecież ciebie nie może tutaj być.

- Pocałuj mnie, a przekonasz się, że jestem jak najbardziej realna. – Potarła nosem zagłębienie w jego szyi. – Naprawdę chcesz żebym cię zostawiła?

Blondyn drgnął nerwowo na łóżku i potrząsnął żarliwie głową. – Nie, nie chcę tego, Ashley, ale ty nie żyjesz. Kiedy odwrócę się, by na ciebie spojrzeć, znikniesz.

- Głuptasie, nic takiego się nie stanie. Czy gdybym naprawdę nie żyła, rozmawiałbyś teraz ze mną? – wyszeptała uwodzicielskim głosem.

Rozważył to, co powiedziała i stwierdził, że już dłużej nie zdoła się opierać. Prześcieradło zaszeleściło pod jego ciałem, zakłócając trwającą w sypialni ciszę. Zielonooki przez chwilę jeszcze unikał spojrzenia na swoją rozmówczynię, po czym podniósł głowę. Brunetka pochylała się w jego stronę, rozciągając usta w półuśmiechu. Jej drobny nos drgał, wyrażając zniecierpliwienie. W błękitnych oczach pojawił się iście diaboliczny błysk, zwiastujący to, co właśnie zrodziło się w jej umyśle. Nie czekając na reakcję chłopaka, przybliżyła swoje czerwone wargi do jego własnych. Zamknął oczy, nie chcąc zniszczyć momentu, na który w skrytości czekał od dawna. Gładkość i miękkość jej ust przywodziły mu na myśl stare, dobre czasy, kiedy jeszcze nie wiedział, czym jest cierpienie i samotność. Początkowo zaskoczony zachowaniem dziewczyny, po chwili zaczął odwzajemniać pieszczotę. Ich języki walczyły ze sobą o dominację, by w końcu odkryć wspólny rytm. Pocałunek nie był ani łagodny, ani brutalny. Właściwy – to słowo mogło go odpowiednio określić, całe dotychczasowe jestestwo pary sprowadzało się do tej sekundy, tutaj było ich miejsce.

W tej chwili wydawało się, że współtworzą jeden organizm, posiadający dwa złączone ze sobą serca, bijące w jeden takt, wystukujące melodię życia. Ostatnią, najpiękniejszą piosenkę, która rozbrzmiewa w uszach nawet kiedy nie istnieje już instrument, jaki ją stworzył. Blondyn błądził dłońmi po zakamarkach ciała ukochanej, jakby chcąc nauczyć się na pamięć najdrobniejszego fragmentu. Ich oddechy stały się urywane, płuca stanowczo domagały się kolejnej porcji życiodajnego tlenu. Lecz potrzeba serca była silniejsza niż tak przyziemna sprawa, jak konieczność oddychania.

Ashley zaczęła coraz mocniej napierać na chłopaka, a gdy próbował się odsunąć, by zaczerpnąć powietrza, z nieludzką wręcz siłą obróciła go i przycisnęła do łóżka. Niczym narkoman na odwyku domagała się swej porcji kojącego specyfiku.

Czuł, że coś jest nie tak. Wcześniej się tak nie zachowywała, nie było to do niej podobne. Starał się ją lekko odepchnąć, ale to nie skutkowało. Otworzył oczy i spojrzał w jej własne. Jej tęczówki zmieniły zabarwienie z morskiego błękitu na o wiele ciemniejszy odcień, stały się wręcz czarne. Pojawił się w nich też niepokojący błysk, ślad nieobliczalności i gniewu.

Kiedy wreszcie się od niej oderwał, zdołał objąć wzrokiem całą jej sylwetkę. Nie była już dziewczyną sprzed pięciu minut. Teraz jej usta zdobił szyderczy uśmiech, pod oczami pojawiły się sińce, a ubranie miała zbroczone krwią, przykrywającą ogromne siniaki. Przypominała modliszkę gotową do pożarcia swojego partnera, z tą różnicą, że była o wiele straszniejsza. Niczym stwór z pogranicza świata żywych i umarłych sięgnęła ręką w stronę chłopaka. Ten zaczął się gorączkowo cofać, chcąc uciec od niej jak najdalej, w czym przeszkodziła mu w końcu rama łóżka.

Wiedziony szaleńczym instynktem wplątał się w prześcieradła, po czym z hukiem opadł na podłogę, uderzając się boleśnie w głowę. Bił od niego czysty, pierwotny strach, wymieszany z sięgającą zenitu paniką.

- Czyżbym ci się już nie podobała? – zapytała, rozciągając usta w kpiącym półuśmiechu.

- Odejdź stąd! Zniknij z mojego życia i nie wracaj! – wrzeszczał, a jego głos sięgał wysokich rejestrów, brzmiał jak człowiek zdesperowany i pozbawiony resztek samokontroli.

Nagle po pokoju rozniósł się pisk, mogący przerazić nawet największego śmiałka. Dziewczyna, a raczej zmora, w którą się przekształciła, niczym zrozpaczona i wściekła banshee, zanosiła się szlochem, przypominającym odgłosy z najskrytszych koszmarów. – To wszystko przez ciebie! To ty mnie zabiłeś! Ty! Ty! Ty! A teraz mi za to zapłacisz!

Obnażyła ostre jak sztylety zęby i z impetem rzuciła się w stronę Josha, który jął rozglądać się po pokoju w poszukiwaniu schronienia lub narzędzia obrony. Jego uwagę przykuło górujące ponad resztą pomieszczenia lustro, a raczej to, co w nim zobaczył – para wpatrzonych w niego w rozbawieniu oczu. Nie należały do żadnego z ich dwójki, ale teraz nie miał czasu, by się nad tym dłużej zastanawiać. Musiał się ratować, musiał uciekać, jednak nie miał dokąd.
Nim zdał sobie z tego sprawę, długie szpony zatapiały się już w jego ramieniu, tworząc głębokie na kilka centymetrów znaki na skórze.
- Teraz będziemy już na zawsze razem. Twoje serce będzie tylko moje! Razem przejdziemy na drugą stronę! – Zanosiła się obłąkańczym śmiechem, jednocześnie coraz bardziej raniąc blondyna.

- Zostaw mnie! To nie moja wina… ja nie chciałem… gdybym wiedział, że to się naprawdę stanie, spróbowałbym cię ochronić! Wybacz mi! Kocham cię, Ash! – mamrotał pod nosem, a po jego policzku spływały jedna za drugą łzy. Czuł się bezsilny i naprawdę cierpiał, wiedział, że nie był bez winy, ale usłyszenie tego bezpośrednio od niej bolało jeszcze bardziej.

- Nie mogę… sam sobie jeszcze nie wybaczyłeś, więc kimże jestem ja. Ale nie martw się… to nie zaboli… za bardzo. – Już unosiła zakrwawioną rękę, z zamiarem wyrwania jego serca, kiedy zamknął oczy i zaczął krzyczeć. – Nie!

Gdy przez kilka sekund nic się nie wydarzyło, uchylił powieki. Jej już nie było. Leżał sam w swoim łóżku, rozgorączkowany i zlany potem. Dłuższą chwilę zajęło mu uspokojenie oddechu. Drżącą ręką sięgnął po stojącą na szafce szklankę wody, upił kilka łyków, a po chwili połknął kilka zielonych pigułek, tych które przyjmował już od dwóch miesięcy.

- To był tylko sen, zwykły koszmar… ona przecież nie żyje – powtórzył kilka razy roztrzęsionym od emocji głosem, po czym z głośnym westchnieniem rzucił się na poduszki, wiedząc, że tej nocy, jak każdej poprzedniej, już na pewno nie zaśnie.

I tylko ogromna wyrwa w jego sercu wykrzykiwała prawdę: Jej już nie ma i nigdy nie będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...