13 września 2011

"Przesilenie" rozdział 1.


Rozdział 1. Josh



Nad Winchester zmierzchało. Słońce udawało się na conocny odpoczynek, ustępując miejsca księżycowi, by rankiem powrócić na swą stałą pozycję. Ulice stawały się puste, a ostatni mieszkańcy spiesznie przemierzali chodniki, chcąc znaleźć się w swych ciepłych domach i rozgrzać zmarznięte ciała. Tegoroczna zima była wyjątkowo mroźna, ciągłym opadom śniegu towarzyszył częsty deszcz i silne podmuchy wiatru, przenikające do szpiku kości, zabierające ostatnie resztki człowieczeństwa.

Można było odnieść wrażenie, że całe otoczenie wykrzykiwało nieme ostrzeżenia. Odpowiedni człowiek mógłby wyczytać z układu planet, nietypowego zwiększenia okolicznej populacji kruków i wielu innych, zakamuflowanych znaków, że zbliżało się coś ważnego, coś, co mogło zmienić całą przyszłość, jednak nikogo takiego tam nie było. Żaden zainteresowany nie wiedział więc, co nadciąga.
Główną drogą miasta jechał powoli czarny mercedes. Prowadziła go około czterdziestoletnia kobieta. Ciemne włosy kaskadą spływały na jej ramiona. Zmęczona twarz i lekko opuchnięte powieki sprawiały, że wyglądała na starszą niż była w rzeczywistości. Niebieskie oczy w skupieniu analizowały trasę, prześlizgując się zwinnie pomiędzy otaczającymi szosę ceglanymi budynkami. Brunetka co jakiś czas zerkała w lusterko, tylko po to by nie zauważyć tam żadnego śladu innych aut. Odniosła wrażenie, że miasto wymarło. Choć nie chciała z góry przekreślać kolejnych miesięcy, miała przeczucie, że decyzja o przyjeździe tutaj nie należała do najsłuszniejszych w jej życiu.
Co kilka minut dyskretnie spoglądała na nastolatka, siedzącego na tylnym siedzeniu i od dłuższego czasu uparcie wpatrującego się w okno. Jego spojrzenie było puste i nieobecne, zupełnie jakby jego dusza uciekła, pozostawiając za sobą jedynie zużyte naczynie. Blondyn nie przypominał jej już tego szalonego dzieciaka sprzed pół roku, żyjącego pełnią życia obiektu westchnień wszystkich dziewcząt. Na myśl o jego wybrykach mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Choć nie przyznałaby się do tego głośno, pragnęła żeby wrócił ten zuchwalec, z którym miała tyle problemów. Zmęczyło ją już patrzenie na cierpienie i postępującą alienację syna, miała nadzieję, że przyjazd tutaj coś zmieni, że opuszczenie Anglii pozwoli mu zacząć wszystko od nowa.
Jej rozmyślania zostały przerwane przez grzmoty dochodzące z oddali. Chcąc uciec przed burzą, nacisnęła mocniej na pedał gazu. Wbrew jej życzeniom, odgłosy były coraz donośniejsze i zaczynał już padać wymieszany ze śniegiem deszcz. Lecz wkrótce ku jej uldze w oddali zaczęły majaczyć kształty ich nowego domu.

Kątem oka kobieta dostrzegła w bocznym lusterku cień, w jednej chwili rozrastający się do niebywałych rozmiarów, tylko po to, by zaraz rozproszyć się w nicości. Gdy odwróciła się, żeby lepiej zidentyfikować dziwny obiekt, nic już tam nie było. Potrząsnęła głową, zrzucając przywidzenie na karb wyczerpującej podróży. Jednak złe przeczucie, mimo jej usilnych starań, nie odchodziło.


Skupiła się na drodze, do pokonania miała jeszcze jakieś trzysta metrów, lecz dystans ten szybko się zmniejszał. Po krótkim momencie parkowała już na podjeździe, zadowolona z tego, że otaczające budynek drzewa kryły ją przed ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów.

Wysiadła z samochodu i głęboko zaczerpnęła powietrza. Było chłodne i pachniało kropiącym lekko deszczem. Spojrzała na zegarek, który wskazywał, że jest 17.21. – Doskonała godzina na nowy początek – pomyślała, po czym przeciągnęła się i zaczęła wyciągać rzeczy z bagażnika. Jednak po chwili kobieta podparła się pod boki i skierowała wzrok na nadal siedzącego w mercedesie chłopaka.
- Synu, jesteśmy już na miejscu. Może byś mi pomógł? Zaraz zacznie mocno padać – odezwała się do niego po raz pierwszy od kilku godzin. Spojrzał na nią beznamiętnie i, niczym wyrwany z transu, wygramolił się niespiesznie z samochodu. Nic nie mówiąc, podszedł do swojej matki i zaczął odbierać z jej rąk walizki.
- Dokąd je zanieść? – zapytał w końcu, głosem na wpół znudzonym, na wpół zmęczonym.
- Chodź za mną.
Ruszyli w kierunku dwupiętrowego, wiekowego budynku, który od teraz miał być ich domem. Przemieszczanie utrudniały im zwały śniegu pokrywające ścieżkę wiodącą do schodów i małego ganku. Miejsce nie wyróżniało się niczym szczególnym: typowe ceglane ściany, z lekko obsypującym się już tynkiem, zwyczajne okna, które pewnie skrzypiały podczas otwierania i uschnięta teraz winorośl, otaczająca swymi splotami wszystkie zakamarki. Jedyny niepasujący element stanowiła stojąca w ogrodzie rzeźba. Była omszona, a cokół na którym się znajdowała naznaczony został kilkoma poważnymi pęknięciami. Przedstawiała lekko zeszpeconego anioła bez jednego skrzydła, wpatrującego się w przestrzeń z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W statule tkwiło coś zagadkowego, wydawała się jednocześnie żywa i pradawna. Blondyn studiował posąg uważnie, był pewien, że widział go wcześniej, ale nie wiedział gdzie. Miał nieodparte wrażenie, że anioł zaraz wstanie i zrobi mu coś złego.
- Trochę mroczny, nie uważasz? – Jego matka próbowała zacząć rozmowę.
- Co? Ach, tak, nawet – odpowiedział, wciąż patrząc na według niego szkaradne dzieło sztuki. – Jak to wszystko – dodał szeptem, tak by nie zostać dosłyszanym i ruszył po schodach za brunetką, czując na swoich plecach natarczywe spojrzenie.
Drewno pod ich krokami skrzypiało, Joshowi wydawało się, że deski zaraz popękają, a oni sami wpadną w bezdenną otchłań, wypełnioną tylko nieprzeniknioną ciemnością. Nic takiego się jednak nie stało. Jego matka nacisnęła na klamkę. Drzwi otwarły się bez większych problemów, towarzyszyły temu tylko ciche trzaski, takie jakie wydają dawno nieoliwione zawiasy.
W holu panował półmrok, a w powietrzu unosiła się ledwie wyczuwalna woń pomarańczy. Sarah sięgnęła ręką włącznika światła, a jasność spowodowała, że musieli zmrużyć oczy.
- Dziwnie tu pachnie. Pośrednik twierdził, że ostatni mieszkańcy wyprowadzili się stąd pół roku temu. – Kobieta w zadumie pokiwała głową, a po chwili ruszyła zwiedzać dom.
Został sam. Wszedł do salonu i omiótł spojrzeniem ściany. Nie było tutaj niczego, co mogłoby go zainteresować. Wystrój był wręcz staromodny, obok dębowych szaf znajdował się kominek, nadający całemu pomieszczeniu trochę bardziej przyjazny charakter. Nie było śladu telewizora, a centralne miejsce należało do mahoniowego stołu, przy którym spokojnie zasiąść mogłoby dwadzieścia osób.
Drewnianymi schodami ruszył na górę, w kierunku swojego pokoju, jedynego zresztą na tym piętrze. Kilkanaście stopni pokonał w ekspresowym wręcz tempie. Gdy podszedł do brązowych drzwi, zauważył że ze szpary pod nimi sączy się cienka strużka światła, migotliwie padająca na zakurzoną lekko podłogę. W jego umyśle zaświeciła się ostrzegawcza lampka.
 
– Dlaczego w domu, w którym nikt nie mieszka, świeci się światło? Pewnie ktoś zapomniał je zgasić – przyszło mu na myśl.

Wyciągnął drżącą rękę w kierunku klamki, ale zaraz ją cofnął. Podrapał się po głowie i zrobił trzy kroki do tyłu, poddając się naturalnemu instynktowi ucieczki, jednak po chwili się zatrzymał. – Nie jestem przecież tchórzem… nie muszę iść po matkę, żeby wejść do własnego pokoju – pomyślał, jednak jego nogi pozostały dokładnie w tym samym miejscu, na którym znajdowały się przed dziesięcioma sekundami.
- No dalej, wejdź tam – dodawał sobie na głos otuchy, jednocześnie chcąc zawiadomić kogoś, kto mógł przebywać wewnątrz o swojej obecności. Smuga światła zadrżała, jakby coś zbliżyło się do drzwi, ale po chwili powróciła do swojego poprzedniego spokojnego stanu.
Chłopak zdołał wreszcie zmusić swoje ciało do ruchu i szybko podszedł do wejścia, po czym bez zastanowienia nacisnął klamkę. Ze skrzypieniem zawiasów drzwi otwierały się coraz bardziej, lecz nagle coś zaskrzeczało i z ogromnym hałasem ze środka wyfrunął czarny kształt. O milimetry minął głowę blondyna, smagając lewym skrzydłem kosmyki jego włosów sterczące na boki. Josh szybko zaczął machać rękoma, chcąc na dobre pozbyć się natręta. Lecz tak nagle jak się pojawiło, zwierzę znikło w ciszy domu. Słychać było tylko urywany oddech siedemnastolatka i przyspieszone bicie jego serca.
- Pieprzony nietoperz, świetne powitanie – chłopak zaklął pod nosem i wszedł do swojego pokoju. Źródłem światła, które tak go wcześniej zaintrygowało była stojąca na biurku świeca, prawie całkowicie wypalona, jednak tląca się jeszcze ostatkiem sił. Oświetlała lekko pokój, dając blondynowi możliwość przyjrzenia się pomieszczeniu. Nie było wcale duże, stało w nim jedynie zajmujące centralną pozycję i wyglądające na stare łóżko, biurko, kilka krzeseł, kanapa i fotel koloru wiśni, szafa oraz ogromne lustro ze złoconą oprawą.
Młody Collins sięgnął ręką włącznika światła, ale zapaliła się tylko jedna słaba żarówka, która jedynie lekko rozjaśniła pomieszczenie. Udało jej się to jednak na tyle, by chłopak zdołał dostrzec stojący w kącie pokoju kufer. Podszedł więc bliżej i przy nim uklęknął. Znalezisko było imponujących rozmiarów, jego zawartości przed światem zewnętrznym strzegła spora srebrna kłódka, a wieko pokrywała plątanina rzeźbionych postaci i kształtów, które mógł stworzyć tylko ktoś o wielkim talencie lub dotknięty szaleństwem.
Blondyn przejechał opuszkami palców po arcydziele, obrysowując w ten sposób kształt przedstawiający wykrzywioną niewysłowionym bólem człowieczą twarz. Należała do młodo wyglądającego mężczyzny, który pochylał się nad leżącą pośród węży kobietą. Jej długie włosy tworzyły misterną plątaninę, dokładnie opasującą jej towarzysza. Josh wyczytał z płaskorzeźby, że dziewczyna nie żyła i była ważna dla młodzieńca stojącego obok. To skojarzenie przywołało wspomnienia jego własnej tragedii, tak usilnie rozrywające na strzępy obietnicę szczęśliwego życia. Szybko odsunął się od kufra, złapał się za głowę i opadł na stojący nieopodal fotel. W ułamku sekundy jego umysł zalała fala wspomnień. Jej uśmiech, to spojrzenie, które wyrażało bezgraniczną ufność, ich pierwsze spotkanie, moment w którym zdecydował się wyznać swoje uczucia… to było zbyt wiele, a najgorsze że tak bardzo pragnął, by nadal było to prawdą.
Po chwili, a może wieczności trwania w skulonej pozie na kanapie, sięgnął do kieszeni, z której wyjął niewielką fiolkę, wysypał na dłoń dwie małe pigułki i odruchowo je połknął. Jego oczy zaczęły się powoli zamykać, a wszystko dokoła rozmazywało się, by zlać się w jedną, głęboką czerń. Zanim zasnął, usłyszał jeszcze ciche skrobanie, dobiegające od strony okna.
***
Powoli otworzył oczy, dokoła panowały ciemność i cisza, brzmiąca aż w uszach. Spojrzał na wyświetlacz komórki, było trochę po pierwszej w nocy, nie spał zbyt długo i wcale nie czuł się wypoczęty. Odczuwał w żołądku dziwny ciężar, a jego mięśnie bolały od niewygodnej pozycji, jaką wcześniej przyjął. Nie wiedział, co robić, bez telewizora i internetu, w środku nocy mógł się jedynie nudzić. Usiadł więc w bezruchu i zaczął chłonąć napływające z otoczenia hałasy.
Deszcz zacinał mocno o szybę, wystukując skomplikowaną symfonię, złożoną z boleśnie monotonnych dźwięków. Ciemne kształty na ścianach, utworzone przez cienie igrających na wietrze gałęzi emanowały grozą, przysparzając o nastrój godny filmów Hitchcocka, tak przynajmniej pomyślał Josh. Dobiegające z oddali zawodzenie wilków dopełniało ponurej całości.
Towarzyszyły temu odgłosy wydawane przez wiekowy dom, niektórzy nazywali to osiadaniem murów, jednak za tymi szmerami kryło się coś więcej, coś głębszego, przyprawiającego o zawrót głowy i kołatanie serca. Chłopak nie potrafił wytłumaczyć swojej podświadomej obawy, tego niedającego się uciszyć wewnętrznego krzyku ‘Spadaj stąd, póki możesz’.
Uświadomił sobie teraz, że trochę bał się nowej szkoły, a właściwie tego, kogo tam spotka. Nie szukał przyjaciół, miał nadzieję, że uda mu się w spokoju dotrwać do końca roku szkolnego, a później zaszyć w swoim pokoju, najlepiej w Londynie, a nie w jakimś prowincjonalnym miasteczku w Ameryce. Wcale mu się tu nie podobało i wiedział już, że jego przyjazd stanie się tutejszą sensacją. W trakcie tych rozmyślań coś do niego dotarło. Dlaczego wcześniej tego nie zauważył?
Dzisiaj nie śniło mu się nic, zupełnie nic. Po raz pierwszy od tygodni całkowicie wyłączył się z otaczającej go rzeczywistości. Choć tak nienawidził swoich snów, teraz stwierdził, że bez nich czuje się co najmniej dziwnie. Jedyne, co nie dawało mu spokoju, to rozbrzmiewające w jego uszach znajome, ale i tajemnicze słowa ‘Otwórz oczy na ciemność, którą ci niosę.’ Czuł, że zwiastują coś niedobrego.
Pomyślał o matce. Dlaczego tutaj przyjechali? Było mu dobrze w wiecznie deszczowym Londynie, przywyknął już do gwarnych ulic, chociaż nie był ich częścią… już nie. Wyjechali tak nagle, nic nikomu nie wspominając. Czy ktoś w szkole zauważy jego zniknięcie? A nawet jeśli, to pewnie się tylko ucieszą, po incydencie z Patrickiem Ethcarnem inni uczniowie, kiedyś określający się mianem jego przyjaciół, zaczęli uważać go za przewrażliwionego dupka. Może mieli rację, może nim był? Bo czy ktoś normalny posyła kumpla do szpitala tylko dlatego, że tamten lubi pożartować? Nie. Ale wtedy Josh nie był normalny, a Patrick wcale nie żartował.
Blondyn do tej pory czuł resztki furii, która wtedy zmieniła go w szaleńca, nadal pamiętał tę plamę czerwieni pojawiającą się przed jego oczami i ten wielki ból w sercu. Nigdy nie lubił Ethcarna, z wzajemnością zresztą. Tamten zawsze zazdrościł mu popularności, a później i Ashley. Josh zawsze był silny, odporny psychicznie, niewrażliwy na ludzką zawiść, wszystko potrafił obrócić na swoją korzyść. Jednak po jej śmierci wszystko się dla niego zmieniło. Czarę goryczy przepełniało też to, że razem z dziewczyną odszedł Michael, najlepszy przyjaciel Collinsa.
Tamten czas był dla niego wyjątkowo trudny, chłopak trwał w przeświadczeniu, że został sam i czuł się winny, myślał wtedy, że mógł wszystkiemu jakoś zapobiec. Psycholodzy, do których posyłała go matka, twierdzili, że nie był w stanie im pomóc, że niesłusznie się o wszystko obwinia i zdiagnozowali u niego zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Gdyby tylko wiedzieli jak daleko na manowce zeszli w swych przypuszczeniach… Łatwiej było mu się z nimi zgodzić, a prawdę zachować tylko dla siebie, więc tak zrobił i brał te tabletki, które mu przepisywali, chociaż to wcale nie pomagało.
Patrick, odkąd tylko dowiedział się o śmierci dziewczyny swojego rywala, na każdym kroku próbował go sprowokować, ale długo mu się to nie udawało. Do czasu. W końcu zaczął opowiadać o swoim bardzo intymnym związku z Ashley, to przerwało cienką linkę utrzymującą na wodzy opanowanie blondyna. Chociaż dobrze wiedział, że Ash nigdy nawet nie spojrzałaby na tamtego szczura w skórze człowieka, nie mógł podarować mu szkalowania jej pamięci. Pokazał Ethcarnowi wszystko, czego nauczył się na lekcjach boksu. Nie mógł wtedy przewidzieć, że kości tamtego okażą się tak słabe.
Blondyn został zawieszony w prawach ucznia i musiał oglądać rozczarowanie swojej matki, która wcześniej sądziła, że tak jak ona zostanie lekarzem. Zawiódł ją, przez co czuł się jeszcze gorzej, ale równocześnie cieszył się, że Patrick wreszcie dostał nauczkę.
Z rozmyślań wyrwał go głuchy hałas. Gdy podniósł głowę zauważył tylko bujającą się na wietrze za oknem gałąź i znikający w ciemności cień.
Chłopak wiedział, że rano czeka go nowy początek, że będzie musiał stawić czoła otaczającej go rzeczywistości. Choć nie chciało mu się spać, połknął pigułki nasenne, by przestać myśleć, by pogrążyć się w pustce i udawać przed matką, że wszystko w porządku.
Zamknął oczy, a wszystko wokół obserwowało go, czekając na nadejście nieuniknionego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...