15 września 2011

"Przesilenie" rozdział 2.


Rozdział 2. Szkoła



Drżącymi palcami wybrała na klawiaturze telefonu dobrze znany sobie numer. Wolała by ta chwila nigdy nie nastąpiła, jednak jak wielokrotnie zdążyła się przekonać, człowiek nie zawsze ma wpływ na to, co mu się przytrafia.

Wsłuchując się w głuchy sygnał, mamrotała pod nosem. – Odbierz, proszę.

Po kilkunastu sekundach odpowiedział jej zaspany głos. – Co? Czemu dzwonisz o takiej porze, jeszcze śpię. – Jak na potwierdzenie swoich słów, chłopak ziewnął przeciągle.

- Przyjechał – oznajmiła, ledwie utrzymując nerwy na wodzy.

- Kto? Mów jaśniej, bo wiesz, że o trzeciej nad ranem nie jestem zbyt błyskotliwy.

- Chłopak, o którym wspominał Nathaniel. Wyraźnie go wyczuwam… już od kilku godzin. – Usiadła na łóżku, podpierając ręką głowę. – Lepiej żeby stąd szybko wyjechał – powiedziała półszeptem do słuchawki.

- Zrzędzisz. Może być fajnie. Wiesz, że tu się nigdy nic nie dzieje. Jego przyjazd to świetna okazja żeby się rozerwać. – Dziewczyna usłyszała jak jej rozmówca zaczerpnął duży łyk jakiegoś płynu.

- Wcale nie zrzędzę. Po prostu czuję, że jest słaby i nie zdoła się oprzeć. Wiesz, że to stwarza duże zagrożenie, nie tylko dla nas. Zresztą Nathaniel mówił…

- Nie wierz we wszystko, co gada. Dalej mu nie ufam. – Ton głosu chłopaka stał się chłodny i ostry. Dziewczyna włożyła zabłąkany kosmyk kasztanowych włosów za ucho i westchnęła. Jej rozmówca był ciężkim przypadkiem.

- Jak chcesz. Jednak wolę go unikać. – Przymknęła zielone oczy, opierając się o poduszkę.

- Boisz się, że się w nim zakochasz? – Zaśmiał się dźwięcznie do słuchawki.

Natychmiast poderwała się z łóżka i szybko potrząsnęła głową, chociaż i tak nikt nie mógł jej zobaczyć. - Nie, zresztą nieważne. Wiesz, że nie kieruję się takimi uczuciami. Masz jeszcze pół roku na tę swoją zabawę. Wyśpij się, przed tobą ważny dzień. Mi też się to przyda. – 

Rozłączyła się, odkładając telefon na szafkę. Zgasiła rzucającą nikłe światło lampkę i weszła pod kołdrę, naciągając ją pod samą szyję.

- Lepiej żebym się co do ciebie myliła, Joshuo Collinsie – powiedziała jeszcze, zanim zasnęła.

***

Poniedziałki bywają koszmarne, a ten wcale nie miał okazać się inny. Już od wczesnych godzin porannych deszcz zacinał z wściekłością o szybę. Wczoraj jeszcze biały śnieg, dziś przypominał rozwodnione bagno, zlewające się w mieszaninę brudu i rozpaczy.

Josh leżał teraz na łóżku z otwartymi oczami. Wpatrywał się w sufit, nawet przy tym nie mrugając, jego umysł był jakby zupełnie oczyszczony ze wspomnień. Osiągnął wreszcie swój upragniony stan spokoju. Jednak nie na długo.

Do jego uszu dobiegł odgłos kroków stawianych niepewnie na schodach. Prawie natychmiast zrozumiał, że to jego matka kieruje się właśnie w stronę jego sypialni z zamiarem obudzenia go do szkoły. Przekręcił się na bok i przybrał pozycję, z której jasno wynikało, że nadal śpi. Już od pewnego czasu udawał, że nie cierpi na bezsenność. Tak było mu łatwiej, mógł unikać niewygodnych pytań.

Ciche pukanie do drzwi przerwało panującą do tej pory ciszę.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, matka chłopaka prawie bezszelestnie weszła do jego pokoju. Uczyniła to jednak na tyle głośno, że doskonale zdawał sobie sprawę z każdego, nawet najdrobniejszego, jej ruchu. Zrobiła pięć kroków w jego stronę, przez moment się zawahała i zaczęła intensywnie przyglądać się synowi.

Wyglądał teraz na szczęśliwego, zupełnie jakby żadne z wydarzeń minionego półrocza nie miało miejsca. Zastanawiała się, czy przerywać tę idyllę, ale zdecydowała, że im wcześniej zacznie, tym łatwiej będzie dla nich obojga. Każdy kolejny dzień unikania kontaktu z otoczeniem, pogłębiał tylko depresję blondyna.

- Josh obudź się, bo spóźnisz się do szkoły. Chyba nie chcesz podpaść wszystkim już pierwszego dnia? – Potrząsnęła delikatnie jego ramieniem. Chłopak otworzył oczy, ziewnął i spojrzał na nią z lekkim wyrzutem.

- Już się zbieram. Mógłbym to dzisiaj olać, pewnie i tak nikt nie wie, kiedy mam zacząć – powiedział zrezygnowanym głosem, ale wiedział, że z nią nie wygra, więc wzruszył tylko ramionami i usiadł na łóżku.

- Od razu lepiej. – Uśmiechnęła się do niego pocieszająco, chcąc dodać mu otuchy i okazać swoje wsparcie. – Ubierz się, po drodze do pracy odwiozę cię do szkoły – dodała i wyszła, pozostawiając go samego.

- Sam mógłbym tam równie dobrze dotrzeć – mamrotał pod nosem, wyplątując się z pościeli. Postanowił wziąć prysznic. Wszedł do łazienki i odkręcił wodę. W czasie, gdy spływała zimna, zdążył pozbyć się ubrania. Stanął pod ożywczym strumieniem i zaczął namydlać swoje ciało. Zabieg ten idealnie koił jego napięte mięśnie, wypierając powoli złe samopoczucie.

Zerknął na swój umięśniony brzuch i klatkę piersiową, na dłużej wzrok zatrzymał na małej bliźnie, leżącej dokładnie nad jego sercem. Sam nie pamiętał od kiedy miał to znamię, wiedzieli o nim nieliczni, a właściwie tylko jego matka. Przejechał opuszkami palców po fakturze skóry. Ostatnio powierzchnia blizny wyraźnie się powiększała i zaczynała przybierać dziwny kształt. Chłopak nie miał pojęcia, co to mogło oznaczać, ale nic, co tyczyło się bezpośrednio jego osoby, nie było już w stanie go zadziwić.

 Szybko spłukał z siebie resztki piany i wyszedł z łazienki. Z nadal niewypakowanej walizki wyciągnął ubranie: ciemne dżinsy i czarną koszulkę. Ostatnio w jego garderobie dominowały jedynie takie barwy, dzięki którym mógł nie wyróżniać się z tłumu.

Szybko narzucił to na siebie, ruchem ręki przegarnął włosy, pozostawiając je w niekontrolowanym nieładzie, po czym złapał plecak i zszedł na dół.

- Josh, chodź na śniadanie – krzyknęła do niego matka.

- Nie, dzięki. Nie jestem głodny. – Wziął tylko jedną kanapkę i wrzucił ją między zeszyty. – Zawieziesz mnie, czy mam iść na piechotę?

- Skąd ta nagła zmiana? Czyżbyś już nie mógł się doczekać?

- Nie, ale wolę mieć to już za sobą – powiedział, opierając się o framugę drzwi.

- Dobrze, dobrze. Daj mi tylko w spokoju dokończyć kawę. – Spojrzała na niego i podniosła filiżankę do ust. – Chyba nie zamierzasz tak wyjść, prawda? Załóż coś na siebie, bo jest strasznie zimno.

Pokręcił głową z dezaprobatą, wrócił do pokoju i złapał czarną bluzę z kapturem, a na to narzucił skórzaną kurtkę. – Może być? – zapytał, kiedy zszedł z powrotem na dół.

- Niech będzie. Skończyłam, możemy się zbierać. – Wzięła ze sobą kluczyki do mercedesa i wyszli na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi. Gdy blondyn zerknął na stojący w ogrodzie posąg, powrócił niepokój, który odczuwał wczoraj. Znów próbował sobie przypomnieć, gdzie wcześniej widział tę statuę, ale jego myśli natrafiły na mur, szczelnie blokujący możliwość poznania prawdy. W pamięci miał tylko pustkę i nieodparte wrażenie de javu.

 Wsiedli do auta i powoli odjechali w stronę centrum miasteczka. Nie padał już deszcz, ale było ponuro. Po ulicach przechadzali się ludzie, jakaś kobieta spacerowała z psem, kilkoro maluchów szło z rodzicami do przedszkola. Po szosie jeździły nawet samochody.
Collinsowie po dziesięciu minutach byli już na miejscu.

- No, jesteśmy – oznajmiła Sarah, przejeżdżając przez pokaźnych rozmiarów bramę. – Widzisz synu, nie jest wcale tak źle.

- Może być. Może to nie będzie jednak takie traumatyczne – odpowiedział, odpinając pasy.

- Zdołasz wrócić do domu sam? Będę musiała zostać dzisiaj trochę dłużej w szpitalu.

- Przepłynięcie Atlantyku wpław może być trudne, ale jakoś dam radę. – Wzruszył ramionami, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.

- Ja pytam poważnie, a ty sobie żarty stroisz, dzieciaku. – Pogroziła synowi palcem.

- Przecież nie jestem dzieckiem, nie zgubię się. Lepiej powiedz kiedy przywiozą tu mój motocykl. Nie będę musiał chodzić na piechotę – burknął, wysiadając z samochodu.

- Pewnie w przyszłym tygodniu. Miłego dnia – krzyknęła do niego jeszcze matka, po czym odpaliła silnik i odjechała.

- Tak, będzie niezwykle uroczy – wyszeptał z kpiną w głosie. Przez myśl przemknęło mu, by odwrócić się i uciec, dopóki nikt nie patrzy, ale to raczej nie wchodziło w rachubę. Ruszył więc w stronę głównego wejścia, przy którym wisiała tabliczka z nazwą i mottem szkoły. ‘Liceum w Winchester. Krocz przed siebie i nie czuj lęku.’
Pasujące do sytuacji, pomyślał.

Włożył ręce do kieszeni i obrzucił spojrzeniem parking znajdujący się za nim. Stało tam sporo samochodów klasy średniej, kilka wyglądających na naprawdę drogie i jeden czarny motocykl, prawie identyczny jak ten należący do Josha. Uczniowie nadal docierali na miejsce, było po wpół do ósmej, więc do rozpoczęcia zajęć zostało jeszcze pół godziny.

Blondyn przeszedł wreszcie przez masywne, dębowe wrota, za którymi rozciągał się przestronny korytarz. Ruszył przed siebie, rozglądając się w poszukiwaniu sekretariatu. Gdy natrafił na odpowiednie drzwi, zapukał, nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Zauważył siedzącą za biurkiem i zawzięcie coś piszącą na klawiaturze starszą kobietę. Miała ufarbowane na rudy kolor włosy, upięte w wysoki kok.

- Dzień dobry. Nazywam się Collins i jestem nowym uczniem. Mógłbym dostać plan zajęć? – powiedział najuprzejmiej jak potrafił, choć przychodziło mu to z trudem i podszedł do biurka.

- A, to ty, kochanieńki. Słyszałam, że przybędzie nam nowy uczeń. Bardzo się cieszę, że mogę cię wreszcie poznać. Mam dla ciebie plan zajęć i mapkę budynku. – Podała mu plik kartek, po czym poprawiła okulary na nosie. – Musisz jeszcze wypełnić kilka formalności, masz tam parę ankiet. Mógłbyś się tym teraz zająć? – zapytała z uśmiechem.

- Dobrze. – Usiadł przy stoliku, wziął do ręki leżący tam długopis i zaczął przeglądać formularze. Gdy dotarł do pytania o ojca, jego twarz przeszył grymas. Chłopak sam nie wiedział, kim był ten człowiek, co prawda znał jego imię i nazwisko, datę urodzin, ale nie miał pojęcia, jaki był rzeczywiście i nie chciał tego zmieniać. Szybko wypełnił wszystkie rubryki i oddał kartki sekretarce.

- Do widzenia – powiedział i opuścił sekretariat. Z planu jasno wynikało, że pierwszą lekcją był angielski, znienawidzony przedmiot chłopaka. Równał się dla niego z bezgraniczną wręcz nudą.
Dzięki mapce dość szybko trafił pod właściwą klasę. Uczniowie wchodzili do pomieszczenia, rozprawiając o wrażeniach po weekendzie, planach na nadchodzący tydzień, nieodrobionym jeszcze zadaniu domowym. Rzucali Joshowi ukradkowe spojrzenia, jednak przyłapani na tym, szybko odwracali wzrok w inną stronę.

 Stałem się miejscową atrakcją, pomyślał i uśmiechnął się krzywo pod nosem. Gdy zadzwonił dzwonek, wszedł do środka. Jedyne wolne miejsce znajdowało się w przedostatniej ławce pod oknem, obok przysypiającego bruneta. Zanim Collins poszedł w tamtym kierunku, podał nauczycielce kartę, na której miała się podpisać.

Zajął swoje miejsce i mruknął do sąsiada: - Cześć.

- Cześć. – Brunet podniósł głowę do góry i otworzył szerzej oczy. Zlustrował Josha wzrokiem. 
– Nowy? Nie będziesz miał tu łatwo, przynajmniej na razie, też to kiedyś przechodziłem, więc ci współczuję. Jestem Scott Palmer. – Wyciągnął w kierunku blondyna dłoń, którą tamten ujął.

- Josh Collins. Jesteś pierwszą osobą, która się do mnie odezwała zamiast ciągle gapić.

- Hmmm… Cieszę się, że przyjechałeś. Tu się nigdy nic ciekawego nie dzieje, więc wreszcie będzie można się trochę rozerwać. – Josh zauważył błysk w brązowych oczach Scotta. – Czuję, że się zakumplujemy. – Brunet uśmiechnął się i spojrzał w stronę nauczycielki, po czym przyłożył palec do ust. – Lepiej już nie gadajmy, bo Żyleta da nam popalić.

- Panie Palmer, czy chciałby się pan czymś podzielić z resztą klasy? – zapytała nauczycielka, spoglądając na chłopaków przez swoje grube okulary.

- Nie, panno Simmons, właśnie opowiadałem panu Collinsowi, że tematem dzisiejszych zajęć będzie fascynująca twórczość Szekspira. – W głosie bruneta wyraźnie słyszalna była ironia.

- Lepiej będzie jeśli pan Collins dowie się o tematyce zajęć, słuchając tego, co mam do przekazania, więc proszę już nie przeszkadzać. Otwórzcie książki na stronie 102 – kobieta zarządziła surowym tonem.

Przez kolejną godzinę panna Simmons rozprawiała o sonetach Szekspira, mówiąc przy tym o miłości, moralności i polityce. Jednak blondyn jej nie słuchał, wpatrywał się w siedzącą w drugiej ławce dziewczynę. Chociaż wiedział, że tak nie wypada, nie mógł przestać. Czuł dziwne przyciąganie, jedyne, czego pragnął w tamtym momencie to ujrzeć jej twarz. Jednak jak na złość nie widział nawet skrawka jej policzka, bo głowę miała pochyloną nad książką, a ciemne włosy tworzyły szczelną zasłonę, odgradzającą ją od jego natarczywych spojrzeń.

Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, nauczycielka zatrzymała uczniów jeszcze przez chwilę.
W związku z ostatnimi wydarzeniami dyrektor prosi żebyście byli szczególnie ostrożni. – Po klasie przetoczył się szmer. – W sobotę zaginęła kolejna osoba, więc nie wychodźcie sami z domu, szczególnie po zmroku. Możecie już iść. – Wszyscy zaczęli podnosić się z miejsc.
Josh spojrzał na Scotta. – O co chodzi? Kto zaginął? – zapytał.

 - Długa historia. Jednak skłamałem, coś tu się czasem dzieje – odpowiedział brunet, pakując swoje rzeczy do torby.

Collins spojrzał w kierunku tajemniczej dziewczyny, która widocznie się spieszyła. Ruszył w jej stronę, wiedziony jakimś magnetycznym przyciąganiem, ale prawie wybiegła z klasy, znikając na korytarzu w tłumie rozwrzeszczanych nastolatków. Blondyn poczuł po chwili klepnięcie w ramię, co wyrwało go z otępienia.

- To Cambria. – Palmer wskazał w kierunku, w którym udała się nieznajoma. – Widziałem jak na nią patrzyłeś.

- Cambria? ... Po prostu wydała mi się znajoma – skłamał Collins.

- Dziewczyna ma swój świat, więc nie masz u niej szans. – Zaśmiał się Scott, przewieszając torbę przez ramię. – Co masz teraz? – zapytał.

- Chemię – odpowiedział blondyn po sprawdzeniu na planie.

- No to ją jeszcze zobaczysz. Ja niestety nie jestem umysłem ścisłym, więc chemię omijam szerokim łukiem. – Brunet wyciągnął z kieszeni papierosa i zapalniczkę. – Zapalisz?

- Nie, dzięki – Josh odmówił.

- Dobra, ja się zmywam. Pewnie się jeszcze spotkamy. Trzymaj się. – Scott zaciągnął się głęboko papierosem i opuścił klasę. Blondyn ruszył za nim. Gdy wyszedł na korytarz, usłyszał krzyk bruneta. – Jeremy! Zaczekaj! Muszę przepisać od ciebie hiszpański!

Collins poszedł w stronę laboratorium, przegarniając co chwilę nerwowo włosy i zastanawiając się kim jest Cambria i dlaczego tak na niego zadziałała, chociaż nawet jej nie znał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...