23 stycznia 2015

Za grzechy ojców naszych



Po całych latach świetlnych nieobecności na blogu, postanowiłam jednak tu wrócić i co jakiś czas wstawić post z fragmentem któregoś ze stworzonych przeze mnie tekstów. Jeżeli lubisz opowieści w lekko horrorowych klimatach, zapraszam do przeczytania mojego opowiadania. Jest to zamknięta całość.


Za grzechy ojców naszych


Po rozgrzanym letnim Słońcem asfalcie biegały roześmiane dzieci. Mijający je brunet również był w świetnym nastroju - właśnie tego dnia zrozumiał, że naprawdę kocha Cornelię. Nie wydarzyło się co prawda nic nadzwyczajnego, a jego uczucia nie zostały wystawione na wielką próbę. Ten prosty fakt zagnieździł się po prostu w jego umyśle w momencie, kiedy zobaczył jej uśmiech, jak wiele razy wcześniej. Jednak teraz wreszcie pojął, że nie wyobraża sobie dalszego życia bez niej i tego uśmiechu, który sprawiał, że w końcu był szczęśliwy.

Pogrążony w rozmyślaniach, mijał ludzi, nie zwracając na nich uwagi. Nie dostrzegł nawet nadciągających powoli nad miasto ciężkich chmur. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero głośny pisk przepełniony rozpaczą.

Stara, brudna kobieta wyłoniła się jakby znikąd. Jej świdrujący wzrok przeszył Quentina na wylot, zatrzymując na moment bicie jego serca. Wpatrywała się w niego jak w dawno niewidzianego znajomego. – Samuel! To ty! – wrzasnęła ze złością, wskazując na niego palcem. – Ty ją zabiłeś! Ty sprowadziłeś na nas zagładę! Splamiłeś nas krwią na wieki...

Kobieta wpadła w amok, a wciąż powtarzane przez nią z coraz większym zaangażowaniem trzy zdania, stały się drażniącą uszy mantrą. Staruszka pokonała odległość dzielącą ją od Quentina w ułamku sekundy. Widział teraz dokładnie jej zmarszczki, w których osiadł kurz i poruszającą się z każdym słowem sztuczną szczękę.

– Pani chyba myli mnie z moim ojcem. To on miał na imię Samuel, ale nie żyje już od trzech lat – wydukał, próbując nie wdychać unoszącego się w jej pobliżu odoru rozkładu.

Wydawało się, że szaleństwo zdjęło okowy ze świadomości kobiety, jednak wrażenie to trwało tylko moment.

– Zabiliście ją... Splamiliście ją... A teraz wszyscy jesteśmy potępieni!

Nie miał pojęcia o czym mówiła ta dziwna kobieta i nawet nie chciał się tego dowiedzieć. Wyglądała na paranoiczną starą dewotkę, więc postanowił zignorować jej przerażone spojrzenie i nie do końca przytomne krzyki. Gdy odchodził, zaborczym ruchem złapała go za rękę.

– Samuelu, musisz oddać życie, inaczej niebo zapłacze nad nami krwawymi łzami. Jesteś jej to winien.

– Nikomu nie jestem niczego winien.

– Zapłacisz. Zapłacisz za to, co zrobiliście. On nas ukaże.

Widząc łzy kobiety, zastanawiał się czy nie wezwać pomocy. Może uciekła z ośrodka dla obłąkanych? Zanim zdążył podjąć jakąś decyzję, staruszka straciła zainteresowanie. Odeszła w przeciwnym kierunku, by po chwili napaść na innego nieświadomego niczego mężczyznę.

– Michael! To ty! Ty ją zabiłeś! Ty sprowadziłeś na nas zagładę! Splamiłeś nas krwią na wieki...

– Stara wariatka – Quentin mruknął pod nosem, stwierdzając, że nie musi nic robić. Równie dobrze ktoś inny mógł użerać się z tą niespełna rozumu kobietą. Przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej oddalić się od źródła zamieszania i wrócić do pracy.

Dopiero kilka godzin później, gdy z nieba spadły pierwsze krople, zrozumiał, że najgorsze nadal było przed nim.

***

– Muszę dzisiaj wyjść wcześniej – Quentin zwrócił się do swojego szefa, który przeglądał raporty sprzedażowe z poprzedniego tygodnia.

Mężczyzna spojrzał na niego znad sterty dokumentów, w zamyśleniu mrużąc powieki. Quentin był jednym z jego najlepszych pracowników oraz synem dawnego przyjaciela, więc Dominic Blake nie potrafił zachować w stosunku do niego pełnego obiektywizmu. – Może się na to zgodzę, ale najpierw powiedz mi, co jest ważniejsze od tych papierów? – Podniósł do góry plik kartek.

Quentin usiadł naprzeciw niego w fotelu i głęboko odetchnął. – Właściwie i tak się o tym dowiesz, ale mam zamiar poprosić Cornelię o rękę. Tylko nie mam jeszcze pierścionka, więc chciałbym dzisiaj go poszukać.

Dominic uśmiechnął się szeroko. – To cudowna wiadomość. Dobra, zbieraj się już i kup jej najlepszy pierścionek, jaki znajdziesz. Zasługuje na to.

– Wiem, dziękuję ci bardzo. Jutro przyjdę wcześniej – zapewnił Quentin.

– Nie musisz, poradzę sobie bez ciebie. Tylko nie wracaj dopóki nie powie tak.

– Nie biorę nawet takiej opcji pod uwagę.

Opuścił budynek firmy, wciąż się uśmiechając. Tak bardzo chciał zobaczyć zaskoczoną minę Cornelii, kiedy uklęknie przed nią z pierścionkiem. Nie martwiła go jej odpowiedź, bo dobrze wiedział, że bez wahania zgodzi się zostać jego żoną.

Winny.

Wydawało mu się, że usłyszał czyjś cichy szept, jednak w pobliżu nie było nikogo. Pokręcił głową, stwierdzając, że jest przepracowany, a kiedy spojrzał w górę, poczuł dziwny niepokój. Ciemne, ciężkie chmury zasłaniały Słońce. Nie był to jednak zwyczajny widok. Niebo przybrało bowiem barwę czerwieni, co zafascynowało Quentina. Nie potrafił oderwać wzroku od tego niecodziennego zjawiska, które wyglądało jak żywcem wyjęte z surrealistycznego obrazu. Jego zdziwienie pogłębiło się, kiedy na twarzy poczuł ciepłe krople deszczu. Woda miała niespotykany, czerwony kolor, przypominający krew. Mężczyzna czytał kiedyś o tym, że deszcz może przyjmować rdzawą barwę w wyniku akumulacji w chmurach piasku z pustyni, ale nigdy jeszcze nie widział czegoś takiego na własne oczy.

Z każdą mijającą chwilą opady stawały się silniejsze, a na ulicy pojawiało się więcej zaciekawionych zjawiskiem gapiów. Deszcz zabarwił białą koszulę Quentina na czerwono, a mokry materiał przylepiał się do ciała, uwidaczniając kształt mięśni. Mężczyzna czuł na języku metaliczny słony posmak, a w powietrzu unosiła się charakterystyczna woń. Odpędził od siebie natrętną myśl, że być może z nieba spada krew, przecież było to niemożliwe.

Winny.

Szept rozbrzmiał tak wyraźnie, że brunet mógłby przysiąc, iż źródło dźwięku znajdowało się tuż przy jego uchu. Jednak w miejscu, w którym stał, był zupełnie sam.

***

Wrócił do pustego mieszkania i włączył telewizor na jednym z kanałów informacyjnych.

Naukowcy przebadali skład niecodziennych opadów, dokonując zadziwiającego odkrycia. Z chmur spada substancja odpowiadająca ludzkiej krwi. Dziś w studiu gościmy profesora Straina. Profesorze, czy może wyjaśnić nam pan, co wywołało tak niespotykane zjawisko?

Jest jeszcze zbyt wcześnie, by stawiać jakiekolwiek hipotezy dotyczące pochodzenia tych krwawych opadów. Pewne jest jedno. Mamy tu do czynienia z wyjątkową anomalią, a jej skutki mogą być katastrofalne. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć długofalowych konsekwencji dla ekosystemu.



Quentin wyłączył telewizor, postanawiając zadzwonić do Cornelii. Wybrał jej numer, jednak nie odebrała. Wyjął z kieszeni małe, granatowe pudełeczko, w którym znajdował się pierścionek z brylantem i schował je bezpiecznie do szuflady. – Już wkrótce się przydasz.

Deszcz nie przestawał padać.

***

Gdy obudził się kolejnego ranka, deszcz był jeszcze mocniejszy niż wcześniej. Podwórze przybrało czerwony kolor opadów, a błotniste, krwawe kałuże były doskonale widoczne z okna. Quentin chwycił parasol i wyszedł na zewnątrz.

Ludzie zachowywali się jak opętani. Biegali ulicami miasta, wystawiając twarze na deszcz. Po ich ciałach spływały strugi czerwonego płynu. Otwierali usta, w rozkoszy spijając lejące się z nieba krople krwi. Kobiety zrzucały swoje stroje, by obmywać krwią nagie ciała, a mężczyźni podążali ich śladem.

Podszedł do młodej dziewczyny, w której pod warstwą czerwieni rozpoznał swoją sąsiadkę. – Alice, dlaczego to robisz? Wróć do domu. Schroń się przed deszczem.

– Baw się ze mną. Tu jest tak pięknie – odpowiedziała z uśmiechem. – Baw się!

Złapała jego dłonie i wciągnęła go w tłum nagości. Widział pary współżyjące ze sobą bez oporów na środku ulicy, ale wydawało się, że nikt poza nim nie zwracał uwagi na te dziwne krwawe rytuały. Spadająca z nieba posoka pozbawiła ludzi zahamowań, wyzwalając w nich pierwotne instynkty. To zdecydowanie nie było normalne.

– Cornelia! Muszę znaleźć Cornelię!

Wyrwał się i biegiem ruszył w dół ulicy. Musiał upewnić się, że nic jej się nie stało. Pokonywał kolejne metry tak jakby zależało od tego jego życie. Krew pryskała pod stopami, rozchlapując się dokoła. Całe miasto oszalało, ludzie zachowywali się tak samo jak mieszkańcy ulicy Quentina. Bał się, że może zobaczyć Cornelię w podobnym stanie, choć nie byłoby to do niej podobne. Gdy dobiegł w końcu do jej domu i dopadł do drzwi wejściowych, zorientował się, że były otwarte.

– Cornelia!

Nikt nie odpowiedział na jego nawoływanie. Przeszukał dokładnie cały budynek, jednak wszystko, prócz nieobecnej właścicielki, było na swoim miejscu. W sercu Quentina zakiełkował trudny do okiełznania niepokój, próbował jednak zdusić go w zarodku, tłumacząc sobie, że dziewczynie na pewno nic się nie stało. Znów wybrał numer jej komórki, ale również i tym razem odezwała się tylko poczta głosowa.

Nie mógł tutaj zostać, musiał coś zrobić.

***

Wbiegł do olbrzymiego kościoła, mając nadzieję, że choć tu znajdzie odpowiedzi na dręczące go pytania. Zamiast tego pojawiło się jeszcze więcej niewiadomych.

Po przekroczeniu progu, dostrzegł pośrodku nawy głównej mężczyznę. Pod jego stopami stało krzesło, a wokół szyji owijała się pętla. Gdy mężczyzna zauważył Quentina, odepchnął nogami podporę, a stryczek naciągnął się. Do uszu Madlera dobiegł odgłos cichego chrupnięcia, a po nim charkot wiszącego na sznurze człowieka. – Za grzechy ojców naszych, przeklęte będą dusze wasze.

Quentin otrząsnął się z dziwnego odrętwienia, a kiedy wreszcie podbiegł do duszącego się samobójcy, złapał jego wierzgające nogi i próbował podtrzymać zwisające ciało. Było jednak za późno. Osłupiały cofnął się o kilka kroków i spojrzał na siną twarz wisielca, rozpoznając w jej rysach księdza. Tego było zbyt wiele. Dlaczego to szaleństwo dotarło nawet do kościoła?

Osunął się na kolana. – Boże, dopomóż mi. Wiem, że nie zawsze postępowałem właściwie, ale wskaż mi drogę – modlił się żarliwie. Bóg jednak nie słuchał, a niebo wciąż krwawiło.

Pokuta.

Odezwał się cichy głos w głowie nierozumiejącego niczego Quentina.
– Przecież nie zawiniłem. To musi być jakiś koszmar, na pewno zaraz się obudzę – mamrotał, lecz otaczająca go rzeczywistość nie zmieniała się.

***

Powrót do domu Cornelii nie przyniósł mu ukojenia – dziewczyna nadal była nieobecna. Wciągnięci w wir krwawego szaleństwa znajomi także nie potrafili mu pomóc. Wydawało się, że Quentin jako jeden z nielicznych nadal pozostawał przy zdrowych zmysłach lub przynajmniej był o tym przekonany.

Nie mając pojęcia, gdzie szukać dziewczyny, postanowił udać się na posterunek policji po pomoc.

Minął rozbity radiowóz stojący przy wjeździe na komisariat, podświadomie czując już, że wszystko jest bezcelowe. Świat oszalał w obliczu apokalipsy, więc jeśli dziwnym trafem policja nadal funkcjonowała, pewnie była zajęta przywracaniem porządku.

Komisariat przypominał miejsce całkowicie wyludnione. Rozrzucone na podłogach kartki, ubrudzone śladami zakrwawionych stóp były dowodem płochliwej ucieczki funkcjonariuszy.

– Kto tam?

Madler usłyszał męski głos, a dźwięk ten obudził w nim ukryte głęboko pokłady nadziei.

– Chciałem zgłosić zaginięcie mojej dziewczyny – krzyknął.

Z pomieszczenia w głębi korytarza wyłonił się starszy mężczyzna w mundurze. Sprawiał wrażenie wystraszonego i nie do końca przytomnie odbierającego rzeczywistość. – Teraz wszyscy znikają. Pewnie postradała zmysły jak większość ludzi, jeśli masz szczęście, nie popełniła jeszcze samobójstwa.

– O czym pan mówi? – Quentin na myśl o śmierci Cornelii poczuł dziwny ścisk gdzieś w środku, który wręcz pozbawił go oddechu.

– Świat oszalał, to kara dla nas.

Sierżant odwrócił się i podążył do swojego gabinetu, gdzie na biurku stała butelka whisky.

– Pan coś wie? – zapytał Madler.

– To ty jesteś synem Samuela Madlera – bardziej stwierdził niż zapytał mężczyzna, a po chwili upił łyk złocistego płynu ze szklanki.

– Dlaczego wszyscy nagle sobie o nim przypomnieli?

Quentin miał już dość ciągłych odwołań do postaci jego martwego ojca.

Funkcjonariusz spojrzał na niego z politowaniem. – Ukryli to przed tobą. Wychowali cię w przeświadczeniu, że twoim ojcem jest bohater, podczas gdy był nim zwykły potwór.

– Jak pan śmie mówić tak o moim ojcu?! – Wściekły krzyk Quentina poniósł się po budynku.

Mężczyzna wskazał chłopakowi krzesło stojące naprzeciw biurka. – Usiądź, jeśli chcesz poznać prawdę. Za długo to ukrywaliśmy.

Zdezorientowany Quentin wykonał polecenie i, choć w jego umyśle kłębiły się setki niezadanych pytań, milczał.

– Samuel zawsze był pełen energii i miał wielu przyjaciół – zaczął policjant.
– Najlepszy uczeń, wybitny sportowiec, przystojny młody mężczyzna - taki obraz twojego ojca z czasów licealnych zachowała większość mieszkańców, ja jednak zawsze znałem prawdę.

Quentin był ciekaw relacji starszego funkcjonariusza, ale jednocześnie bał się tego, co może usłyszeć. Miał jeszcze szansę, by wyjść i zakończyć to szaleństwo. Jednak pod wpływem dziwnego wewnętrznego przymusu, pozostał na miejscu, a policjant ciągnął swoją opowieść.

– To było tak dawno, ja sam byłem jeszcze żółtodziobem – zamilkł na chwilę, szukając w meandrach pamięci właściwych słów. – Pewnego lata, tak gorącego jak to obecne, do Dark Water przyjechała młoda dziewczyna z babcią. Była wyjątkowo piękna, ale nie zwracała uwagi na miejscowych.

– Nie rozumiem co to ma wspólnego ze mną.

Policjant spojrzał mu głęboko w oczy. – Twój ojciec, jego przyjaciel Michael i dwóch innych nie potrafili przyjąć odmowy do wiadomości. Zgwałcili tę dziewczynę, a ona popełniła później samobójstwo.

Quentin zerwał się z furią z miejsca. Jak ten pijaczyna śmiał w ten sposób oczerniać jego ojca. – Kłamiesz! On nigdy by tego nie zrobił!

Policjant sprawiał wrażenie pogrążonego we wspomnieniach, nawet nie zareagował na słowa chłopaka. – Wielu z nas wiedziało, ale nie chcieliśmy ich zdradzić.

– Kłamiesz! Nie wierzę, że przez tyle lat taka sprawa nie wyszłaby na jaw. – Madler krzyczał, choć w jego umyśle zagnieździła się wątpliwość.

– Chcieliśmy ich ochronić, a ona była nikim. Była zupełnie obca. – Głos mężczyzny zadrżał. – To było tak dawno... Ponad dwadzieścia lat temu. Prawie zapomniałem.

– Jeśli mówisz prawdę, jak w ogóle możesz patrzeć na siebie w lustrze? – Spojrzał na starszego z jawnym obrzydzeniem.

– Pamiętam jak przyszła na posterunek, cała w podartych szmatach, z ranami na twarzy, krwią na udach. Kiedy mówiła, że wszyscy zapłacimy, że nawet niebo zapłacze nad nią krwią, kazałem jej się uspokoić. Nie słuchałem – kontynuował swą spowiedź po latach. Znów wypił duży łyk alkoholu, jakby dla dodania sobie odwagi i ugaszenia palących wyrzutów sumienia. – Po kilku dniach znaleźliśmy jej martwe ciało. Podcięła sobie żyły od nadgarstka do samego łokcia. Nie było szans żeby ją odratować, nawet jeśli pomoc przybyłaby natychmiast. Życie za życie, taki wykaligrafowany krwią napis znaleźliśmy przy jej ciele. Wtedy nie wiedzieliśmy. Teraz już rozumiem.

– Co to znaczy? - Quentin był kompletnie zagubiony, jednak wewnętrzny głos podpowiadał mu, że mężczyzna nie kłamie. Najdziwniejszy w tym wszystkim był fakt, że przyjął to ze spokojem, nie odczuwał gniewu ani strachu, zupełnie jakby akcja toczyła się gdzieś obok niego.

– Musimy zadośćuczynić za ich winę. Jeśli nie poniesiemy ofiary, krew nigdy nie przestanie spływać z nieba.

– Przecież mój ojciec nie żyje. Jak może zadośćuczynić? Pewnie już smaży się w kotle piekielnym, a diabły wbijają w niego widły.

– Wina ojca spada na syna. Też masz krew na rękach, jak my wszyscy. – Policjant przybliżył twarz do Quentina, a jego alkoholowy oddech aż zaparł dech w piersiach chłopaka.

– Rozumiem, że to, co uczynił było potworne. Na samą myśl robi mi się niedobrze, ale mnie nawet nie było na świecie.

– Dziś wieczorem spłacisz dług, przyjdziemy po ciebie – oświadczenie policjanta przeraziło Madlera.

– Macie zamiar mnie zabić?

– Dowiesz się we właściwym czasie. Ty i dzieci pozostałej trójki musicie ponieść wielką ofiarę. Inaczej wszyscy trafimy do piekła. – Przepełnione strachem spojrzenie mężczyzny zdradzało, że naprawdę wierzył w swoje słowa.

***

Przyszli wieczorem, kiedy nawet księżyc wydawał się płonąć czerwienią.

Ubrani w czarne płaszcze z kapturami zakrywającymi twarze, przypominali wysłanników samej Śmierci. Nie zwracali uwagi na padającą z chmur krew, a z ich ruchów przebijała pewność siebie. Jeden z nich wystąpił przed szereg i wyciągnął dłoń w kierunku siedzącego na schodach Quentina. – Już czas, przyszliśmy po ciebie.

Pokuta. Pokuta. Pokuta.

Znów powrócił cichy szept, tak bardzo niepokojący Madlera. Wydawało mu się, że deszcz zaczyna mieszać także w jego umyśle. Choć było to nieostrożne i nieprzemyślane, wsiadł z nimi do samochodu, mając nadzieję, że w końcu czegoś się dowie. Siedząc samotnie w domu, praktycznie odchodził od zmysłów.

Ciemne auto mknęło w mroku, mijając grupki biegających dziko po ulicach ludzi. Wewnątrz samochodu panowała przerywana jedynie dźwiękami oddechów cisza. Niepokój Quentina stawał się coraz cięższy do zniesienia. Czy naprawdę miał stać się ofiarą, która zakończy całe to krwawe szaleństwo?

Podróż do miejsca przeznaczenia nie trwała długo, a kiedy dotarli do celu, oczom Madlera ukazał się ogromny płomień, rozświetlający ciemność. Wokół ogniska ustawiła się grupa ludzi odzianych podobnie do transportujących go przybyszów. Został wyciągnięty z samochodu przez dwóch obcych mężczyzn, którzy stanowczo podprowadzili go do zgromadzenia. Znalazł się w centrum okręgu, a razem z nim stało trzech mężczyzn, w jednym z nich Quentin rozpoznał zaczepianego wcześniej przez staruszkę nieznajomego.

– Możemy zaczynać – przemówił policjant, który wyjawił Quentinowi prawdę.

Ludzie w kręgu zapalili trzymane w dłoniach świece. Wbrew zasadom logiki krwawy deszcz nie gasił płomieni, zamiast tego wręcz je podsycał.

Obecni zaczęli nucić dziwną melodię, wprawiającą wszystkich w narkotyczny trans. Nawet Quentin dołączył do chóru głosów, choć nigdy wcześniej nie słyszał tej kompozycji. Czuł, że znajduje się we właściwym miejscu, o właściwym czasie, a krew płynąca z nieba przestała mieć dla niego znaczenie.

– Przybyliśmy tu by zadośćuczynić za grzech przeszłości – zainkantował policjant. – Ci oto czterej splamieni mężczyźni poniosą najwyższą ofiarę – kontynuował, a Madler utwierdził się w przekonaniu o swej rychłej śmierci, jednak nie bał się, czuł, że to właściwe.

– Złożą to, co jest dla nich najważniejsze. Na przebłaganie oddadzą życie za życie.

Tłum pogrążył się w dzikich wrzaskach, kiedy do wnętrza kręgu wniesiono cztery nieruchome ciała i ułożono je na ogromnych, płaskich kamieniach, przypominających rytualne ołtarze. Ubrani na czarno mężczyźni popchnęli obarczonych winą ku tym dziwnym kształtom.

Quentin ku swojemu przerażeniu w przyniesionym ciele rozpoznał Cornelię. Na chwilę powrócił zdrowy rozsądek, a mężczyzna próbował wyrwać się z rąk oprawców, bo zrozumiał, do czego zostanie za moment zmuszony.

– Nie szarp się, jesteś nam to winien – spod kaptura dobiegł ochrypły głos.

Ku zdziwieniu Madlera, pozostali trzej mężczyźni nie wydawali się wstrząśnięci widokiem swoich najbliższych, którzy za chwilę mieli zostać złożeni w ofierze.

Tłum znów zaczął inkantować wprawiającą w trans pieśń, pozbawiając Quentina wolnej woli. Słyszał dzikie szepty, powtarzające jak mantrę jedno słowo, które zupełnie nieproszone zagnieździło się gdzieś głęboko pod powierzchnią świadomości.

Zabij. Zabij. Zabij.


Obok niego inny mężczyzna przyklęknął przy ciele śpiącego dziecka i jednym płynnym ruchem, podciął jego gardło. Melodia rozbrzmiała jeszcze głośniej, a kolejnych dwóch mężczyzn również wykonało swoje zadanie. Gdy nadeszła kolej Quentina, spojrzał po raz ostatni na pogrążoną we śnie twarz Cornelii oraz jej mokre, rude włosy i wziął do ręki leżący na ziemi sztylet. Ważąc narzędzie w dłoni, nie czuł niczego, inna siła zawładnęła jego umysłem.

Gdy pierwszy raz wbił nóż w ciało dziewczyny, otworzyła nierozumiejące oczy, w których natychmiast zaigrał ból.

– Przepraszam – wyszeptał, a ostrze kolejny raz sięgnęło celu.

– Quentin, uspokój się, nie jesteś swoim ojcem – załkała.

– Muszę oddać życie, które zabrał, inaczej wszyscy będziemy przeklęci.

Melodia osiągnęła szaleńcze tempo, a krople czerwonego deszczu zamazywały Quentinowi pole widzenia.

– Quentin, oszalałeś – szepnęła ostatkiem sił.

– Inaczej wszyscy pójdziemy do piekła – powtarzał z uporem.

– Obudź się, obudź się! – krzyczała, bezskutecznie usiłując zatrzymać wbijające się w pierś ostrze.

– Ale to nie sen, kochanie.

Próbowała walczyć, lecz z każdą sekundą jej ruchy stawały się coraz słabsze. Powoli odpływała świadomość i ból. Gdy znieruchomiała, Quentin przymknął jej powieki, a z jego gardła wydarł się głośny szloch. Przyciągnął do siebie ciało kobiety, którą kochał i tuląc ją do piersi, powtarzał jak bardzo jest mu przykro. Jeśli miałby wybór, ich życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Jednak czasem trzeba poświęcić coś cennego, by zyskać jeszcze więcej.

Melodia ucichła, a deszcz przestał padać.

***

Trzymał Cornelię w ramionach do świtu. Oprócz nich na polanie nie było już nikogo. Na jego policzkach zastygły ślady łez, a spojrzenie było nieobecne, jedynie wargi drżały niekontrolowanie. Podniósł oczy, patrząc z wyrzutem na rozjaśniające się niebo. Kiedy przeniósł wzrok przed siebie, ujrzał starą kobietę, od której wszystko się zaczęło. Tym razem uśmiechała się szyderczo, pokazując ubrudzone czerwoną szminką zęby. – Quentinie, zabiłeś ją. Teraz to ty jesteś ciemnością – wrzasnęła.

– Zamknij się, starucho! Zamknij się, bo i ciebie zabiję!

– Gdybyś tylko mógł – zaśmiała się szaleńczo.

Spojrzał na nią wzrokiem opętanego, czując odrazę, jakiej nigdy wcześniej sobie nawet nie wyobrażał, a ona niespodziewanie rozpłynęła się w powietrzu.

Quentin Madler wciąż dźwigał wewnątrz ten sam rozdzierający niepokój, wiedział więc, że nic się nie zmieniło, a kiedy ponownie spojrzał w niebo, dostrzegł tworzące się chmury. Zrozumiał, że ten deszcz już nigdy nie przestanie padać, a jego poświęcenie było kompletnie bezcelowe. Wszyscy nadal byli skazani na potępienie.

***


Obudził się z niemym krzykiem, wciąż czując na sobie ślady krwawego deszczu. Spojrzał na leżącą obok niego Cornelię, wzdychając z ulgą. To był sen, tylko sen. Gdyby ją stracił, jego życie zgubiłoby sens, a on sam stałby się naśladowcą swojego siedzącego od lat w więzieniu ojca, który zamordował z zimną krwią jego matkę.

Słysząc szum deszczu, wyszedł z łóżka i znalazł się przy oknie. Na szczęście tym razem z nieba padała zwykła, bezbarwna woda, upewniając Quentina o powrocie do szczęśliwej rzeczywistości.

Księżyc w pełni górował nad miastem, a łuna odbijanego przez satelitę światła padła na drewnianą podłogę sypialni. Madler dopiero teraz dostrzegł ciemne plamy, znaczące drogę, jaką pokonał od łóżka. Postanowił dokładniej zbadać swe odkrycie, a kiedy przykucnął, uświadomił sobie, że w ręce trzyma nadal mokry nóż. Panika chwyciła go za gardło, gdy zauważył kapiącą z dłoni krew. Podbiegł do włącznika światła, a kiedy jasność wypełniła pomieszczenie, dokładnie przyjrzał się swojemu ubraniu. Rękawy i przód koszulki pokryte były ciemnoczerwonymi plamami, jednak on sam nie został zraniony. Krew należała do kogoś innego. Do kogoś, kogo zabił we śnie.

Gdy spojrzał w kierunku łóżka, ugięły się pod nim kolana, a w uszach znów rozbrzmiał szept.

Teraz to ty jesteś ciemnością. 
Original edition copyright.
© 2014 by NoemiVain (Anna Str)
All rights reserved.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Powielanie, kopiowanie i rozpowszechnianie bez mojej pisemnej zgody zabronione.
 

1 komentarz:

  1. Masz ode mnie lajka za to opowiadanie :) Trzyma w niepewności, fajnie się czyta :) Czekam na kolejne :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...